Awaria wału, ładowanie akumulatorów optymizmu, koło podbiegunowe w locie i piękny nocleg kończący dzień pełen wrażeń.
Wstałem mocno pogięty, w zawilgoconym od wydychanej pary wnętrzu samochodu , jest 8:00 rano 10 stopni na zewnątrz, szybka kawka z drożdżówką z baru na stacji i w drogę. No nie do końca bo, jeszcze sikanie na raty, jak jedna osoba odstoi w kolejce i już mamy ruszać to kolejna stwierdza że musi siku , i tak sześć razy !!
Po przejechaniu kilku km, zwalniamy na remontowanym odcinku drogi i łup !! auto rusza ale coś wali jakby chciało wyskoczyć. Zatrzymuję się i zaczynam sprawdzać co to. Po kilku testach już wiem, padł krzyżak przedniego wału. Pisząc wprost dupa. Szybki konsultacje z kolegą Bartkiem – przy okazji Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za pomoc. Po konsultacjach, i oszacowaniu odległości do najbliższej wioski na 35 km ruszamy powolutku szukać mechanika i pomocy w ogarnięciu problemu.

_
Prawie godzinę jedziemy do najbliższej wioski Kiem po drodze szukając mechanika. Miasto nie jest małe, jest sobota może się uda. Tylko słowo jedziemy jest użyte lekko na wyrost, toczymy się 20 km/h w porywach do 40km/h
W mieście pytamy o mechanika i po 10 minutach szukania mamy go !!
W osiedlowych garażach jest mechanik. Okolica wygląda podle jak wymarłe slamsy pod miastem, ale warsztat świetnie wyposażony. Po godzince dotarł mechanik, mamy ustalone co zepsute i co mam kupić w poniedziałek żeby dało się naprawić. Ja jednak nie podaje się i mówię żeby poczekał bo za 10 minut to ja wrócę z tymi częściami, mechanik mówi że nie ma szans bo sklepy dziś nie pracują i w ogóle jest sobota i tak naprawdę… to mu się nie chce nic robić :).
Natomiast ja pilnie potrzebuję krzyżaków, jadę Z Rafem do miasta i tadam !! Jest otwarty sklep motoryzacyjny, i mają krzyżaki do łady nivy które podejdą do mojego Discovery II – ksywa „Świnia”.
Wracamy, demontujemy z mechanikiem wał , demontujemy rozwalony krzyżak i bum !! Najgorszy scenariusz, padło łożysko w wale. Zmieliło się na wióry.

_

_
Kolejna godzina schodzi na poszukiwanie łożyska lub odpowiedniej wielkości igiełek do doraźnej naprawy tego rozwalonego. Niestety pomimo że w czasie poszukiwań znaleźliśmy jeszcze dwa otwarte sklepy motoryzacyjne to nie było w nich pożądanych dóbr.
Mechanik mówi że dostaniemy łożysko bez problemu w pobliskim większym mieście, jest to dla mnie dziwne bo właśnie Kiem jest największym w okolicy miastem. Natomiast mechanik doprecyzowuje że chodzi mu o Murmańsk. Słowo „pobliskie” nabiera w Rosji innego wymiaru niż w Polsce bo np. w tym naszym konkretnym przypadku przekłada się na 580 km.
Trudna decyzja, ale musiała zapaść. Nie dojedziemy do celu którym jest Park Narodowy „Paanajarwi”
Musimy zaktualizować plany i nanizać na nić naszego szlaku Murmańsk, gdzie podobno da się naprawić nasz samochód. Do Murmańska dojedziemy na jednym wale i zablokowanym mechanizmie różnicowym reduktora. Bartek mój dobry duch który zawsze służy radą odnośnie auta mówi mi w rozmowie; „jedź spokojnie, po asfalcie żadnego terenu i jakoś dociągniesz te 550 km do Murmańska a jak trzeba to i dalej.. „
Dziękujemy za ” gościnę ” mechanikowi , płacimy 1000 rubli za jego pracę, żegnamy się i ruszamy na obiad.
Jestem wściekły, a mój wieczny optymizm się wyczerpuje. Dotarliśmy na stację, ekipa poszła zamówić jedzenie a ja w aucie siedzę i ładuję akumulatory optymizmu. Przecież reduktor prawie się naprawił i mam jeszcze drogi wał i zawsze chciałem podjechać do Murmańska i w domu planując dużo myślałem co zobaczyć: Murmańsk czy ten park narodowy ?
Hura !! Mamy jeszcze jeden sprawny wał i jedziemy do Murmańska. Dodatkowo sytuacja jest na tyle fajna że po drodze mamy jutro dzień wolnego bo w niedzielę sklepy motoryzacyjne nie pracują, więc i tak trzeba poczekać do poniedziałku by naprawić auto.
Idę, dzielę się moim nowym pokładem optymizmu z resztą ekipy, jem na obiad pyszną soljankę i ruszamy. Przed nami 250 – 300 km jazdy, mamy przekroczyć koło podbiegunowe i znaleźć super nocleg. Wiele do zrobienia i tylko ten deszcz znowu kropi i trochę de-motywuje. Ruszamy.

_
Właśnie coś mi mignęło przy drodze jakiś pomnik koło niego auta w lusterku widzę na nim srebrną różę wiatrów. Ostro naciskam hamulec i zawracamy. Właśnie przekroczyliśmy północne koło podbiegunowe. Teraz szybka sesja zdjęciowa i jedziemy szukać noclegu.


_
Pierwsza próba, droga terenowa, w pamięci mam rozmowę z Bartkiem o awaryjnej jeździe na jednym wale: „… i tylko żadnego terenu !!… ” ale… delikatnie… może da radę… Pudło niestety po 15 km dojeżdżamy do miejsca gdzie dalej można pojechać tylko mazem 6×6 lub czołgiem – nie dotyczy to członków „Nissan Patrol Klub Poland” bo oni wyrywają tam swoimi super kinetykami czołgi i mazy jak już się porządnie do błota wkleją – przy okazji pozdrawiam klubowiczów.
Wycofujemy i szukamy dalej, idzie to słabo, ale mamy jedną miejscówkę która dobrze rokuje, Jola już by nawet została, ale ja mam parcie na lepsze miejsce i ryzykując rozwód decyduję że jeszcze pojadę z 10 km sprawdzić czy nie znajdziemy czegoś lepszego. Zaznaczamy to już znalezione miejsce, i jedziemy dalej. Droga szutrowa zmienia się w polną błotną, polna błotna w leśną wąską a na końcu dochodzą jeszcze kamienie i wyboje i już jesteśmy nad samym jeziorem, piękna miejscówka na nocleg.

_
Mała polanka otoczona sosenkami w sam raz na dwa auta i prysznic, 3m obok druga polanka na trzy namioty i trochę miejsca na biwak. Z polanki na namioty mamy 1 m do małej kamienistej plaży z łagodnym wejściem do wody. Miejsce idealne na dwie noce i całodzienny biwak. Szybko się rozbijamy bierzemy prysznic i idziemy spać.

_
Tu jeszcze jedno zdanie o fajnym patencie na prysznic, w szybkiej akcji z dzieciakami nanieśliśmy do naszej namiotowej kabiny prysznicowej stojącej teraz w lesie, warstwę 10cm kamieni z plaży dzięki czemu igły sosnowe i ziemia nie kleją się do stóp przy kąpieli co znacznie podnosi komfort. Prosty patent a tyle radości.